Klub Polskiej Książki w Seattle

 

Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba

Tak kończy się „Ferdydurke", najsłynniejsza chyba i najczęściej tłumaczona powieść Witolda Gombrowicza. W zdaniu tym wyraźnie brzmi ochota do kpiny z czytelnika i niechęć do postawienia końcowej kropki nad i, zwieńczającej „wielkie dzieło literackie". Autor „Ferdydurki" był człowiekiem przekornym i prowokującym. Uznany został, niestety zbyt późno w jego życiu, za jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich. Gdyby żył kilka lat dłużej, prawdopodobnie dostałby należącą mu się całkowicie Nagrodę Nobla. Dużą część życia spędził nie w Polsce, lecz na emigracji, w Argentynie, a zmarł we Francji. Pochowany jest na małym cmentarzu na francuskiej Riwierze w Vence.

Kim był „Gombro”? Geniuszem czy szaleńcem, tak jak wielu jego krewnych ze strony matki?

Urodził się w roku 1904, a więc dokładnie 100 lat temu – stąd rok 2004 ogłoszony został w Polsce Rokiem Gombrowicza – w dworku w Małoszycach pod Opatowem, w rejonie sandomierskim, w rodzinie szlacheckiej, środowisku gdzie do dobrego tonu należały polowania. Młody Witold stronił jednak od takiej formy rozrywki, preferując raczej nocne pisanie książek niż poranne gonitwy za zwierzyną po lasach. Był też bardziej skłonny do rozmowy z jakąkolwiek zaradną kucharką czy służącą niż z dobrze wychowaną panną „na wydaniu". Te ostatnie budziły w nim wręcz nieopanowaną ochotę do żartów i kpin. W dzieciństwie był spokojny i nieśmiały, ale w młodości szybko zaczął drażnić i szokować innych. Zakończenie „Ferdydurki" też powstało w charakterystyczny, przekorny sposób. Podsunęła mu je służąca Gombrowiczów, Aniela.

"Kiedyś spóźniał się jak zwykle na śniadanie, poszła więc do jego pokoju.
– Skończyłem właśnie książkę. – powiedział. – Tylko nie wiem jeszcze, jakie dać zakończenie. – Po czym przeczytał jej kawałek.
– Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba. – zaśmiała się.
Krzyknął, że to wspaniałe i dopisze to na zakończenie. Co też i zrobił – takie to widać były i książki.

– Aniela jest najinteligentniejszą osobą w tym domu – powtarzał od tego czasu."

W roku 1911 rodzice Witolda, Jan i Marcelina Gombrowiczowie wyprowadzili się, ze względu na edukację czwórki swoich dzieci, do Warszawy. Małoszyce pozostały letnim domem rodzinnym. Starsi bracia Janusz i Jerzy, siostra Rena a także najmłodszy, siedmioletni wówczas Witold uczyły się już w stolicy. Do roku 1934 Gombrowiczowie mieszkali na ulicy Służewskiej 4. To tam powstała „Ferdydurke" i „Pamiętnik z okresu dojrzewania". Witold studiował wprawdzie prawo na Uniwersytecie Warszawskim, lecz nie prawnicy, ale warszawskie towarzystwo literackie stanowiło grono, w którym najbardziej lubił przebywać. Był przystojnym mężczyzną i chociaż niezbyt wysoki, wyglądał jak prawdziwy, „rasowy” arystokrata. W miarę coraz mocniejszej pozycji w świecie literackim, zaczął bywać w artystycznych kawiarniach: „Zodiaku" i „Ziemiańskiej". Zawsze musiał grać pierwsze skrzypce przy kawiarnianym stoliku i to często za cenę zupełnego upokorzenia i wyśmiania swoich rozmówców. Unikał uznanych literatów, takich jak skamandryci czy Zofa Nałkowska, otaczając się gronem nowych, nieoszlifowanych pisarzy. Zazdrościł jedynie Tadeuszowi Nałędze-Mostowiczowi, który wtedy był niezwykle poczytnym pisarzem. O prawa filmowe do książek Mostowicza bili się wówczas wytwórcy filmowi, a on sam żył świetnie, utrzymując się tylko z pisarstwa. Być niezależnym i wolnym pisarzem – artystycznie i finansowo – oto marzenie Witolda.

1 sierpnia 1939 roku, 35 letni Gombrowicz zdecydował się na krok, który zaważył niezmiernie na jego przyszłości. Kupił bilet na statek płynący do Argentyny, zabrał ze sobą kilka tysięcy złotych, co było wtedy dużą kwotą i wypłynął na wycieczkę. Niektórzy uważają, że będąc realistą i pragmatykiem, przewidział wybuch i zasięg II wojny światowej. Był słabego zdrowia, cierpiał na astmę, dziedziczną chorobę Gombrowiczów i niewątpliwie przeżycie wojny byłoby dla niego bardzo trudne. Jego brat, Janusz, cudem wyratował się później od pewnej śmierci, kiedy w obozie w Mauthausen, któryś z pilnujących strażników, czytelnik „Ferdydurki” pomylił go z Witoldem. Po wojnie Janusz stanął przed sądem i chociaż ostatecznie został uniewinniony, to i tak przesiedział od lipca do listopada 1947 w więzieniu, jako „wróg ludu” – były dziedzic majątku Potoczek.

Do kraju Witold już nigdy nie powrócił. Ułożył sobie życie w ciepłej i przyjaznej Argentynie. Regularnie pisywał jednak listy do najbliższych w Polsce, korespondował z rodzeństwem i przyjaciółmi. Pracował w banku Banco Polaco jako buchalter, a wieczorami udawał się do kawiarni „Fregata" w Buenos Aires, gdzie grywał w szachy, otoczony zazwyczaj kółkiem młodych mężczyzn, jego wielbicieli, (najprawdopodobniej kochanków, Gombrowicza pociągały bowiem eksperymenty i na tym terenie), aspirujących do roli artystów. Przedkładał zresztą towarzystwo młodych ludzi - obojga płci – nad starszymi i dojrzałymi. Młodość jawiła się jemu jako wyzwanie a jednocześnie jako mądrość i swoboda, natomiast dojrzałość znaczyła frazes, banał, nieznośne jarzmo tradycji, zastój i w konsekwencji śmierć. O wyższości synczyzny – kraju synów – nad ojczyzną – domem ojców - napisał w „Transatlantyku", powstałym już na emigracji, prowokując tym wielu zagorzałych patriotów, którzy przyjęli to jako kolejne targanie świętości.

W Buenos Aires Witold Gombrowicz zmagał się nieustannie z problemami finansowymi. Pomimo tego starał się wysyłać rodzinie jakieś kwoty pieniężne, chociaż jego niewielka pensja wystarczała z trudnością na wynajmowanie skromnego pokoju, jedzenie i pranie.

„– Słuchaj, czym mogę go najbardziej zainteresować? – pytała pani Chądzyńskiej słynna Czajka, czyli Izabela Stachowicz, która przyjechała na jakiś czas do Argentyny.

– Bogactwem – poradziła. – Gombrowicz nie wdaje się przecież z kobietami w intelektualne rozmowy.”

W połowie lat 50 sytuacja materialna Gombrowicza na szczęście poprawiła się, głównie ze względu na to, że zaczęto wydawać jego książki. Stał się znany zagranicą a także w rodzinnej Polsce: tam głównie dzięki współpracy z paryską „Kulturą’, publikującą jego utwory. Nie pracował już w banku, a rocznicę porzucenia uprzykrzonej posady urzędniczej świętował do końca życia. W latach 60 w Paryżu ukazały się wydania jego książek: „Pornografii", „Kosmosu" i „Dzienników". Wkrótce po tym przetłumaczono na francuski i wystawiono w 1963 roku sztukę „Ślub”. Pisarz powrócił wtedy do Europy i dzięki uzyskanemu rocznemu stypendium fundacji Forda zamieszkał na rok w Berlinie Zachodnim, a następnie przeniósł się do Francji.

Do Polski już nie wrócił, zniechęcony rozpętaną wówczas w polskiej prasie nagonką na niego, którą zapoczątkowało opublikowanie nieautoryzowanej rozmowy z Barbarą Witek-Swinarską, w której wypowiedzi Gombrowicza zostały przeinaczone i ośmieszone. Pozostał we Francji, ale będąc coraz starszy i częściej nękany atakami astmy, nie miał już wiele czasu, aby cieszyć się swoją popularnością. We Francji spotkał się z wieloma współczesnymi, polskimi pisarzami: Czesławem Miłoszem, Sławomirem Mrożkiem, Zbigniewem Herbertem, Tadeuszem Brezą, a także z Krystyną Zachwatowicz, opracowującą scenografię do jego „Ślubu”. Rozmawiał z Andrzejem Wajdą i malarzem Janem Lebensteinem (malarstwem gardził, uważał, że nie ma sensu, bo deformuje tylko naturę). Łatwo się można domyśleć, że skutki tych rozmów były różne – Gombrowicz nie stracił z wiekiem swojego irytującego egocentryzmu i zwyczaju dokuczania rozmówcom. W rozmowie potrafił zachowywać się jak zblazowany aktor, grający swoją wspaniałą rolę przed oklaskującą go publicznością. Nie znosił silnych artystycznych osobowości, to on musiał zawsze być najważniejszy. Ci, którzy podziwiali jego literaturę, często nie chcieli prowadzić z nim tej towarzyskiej gry i próby sił. Inni – tak jak Jerzy Andrzejewski – otwarcie go krytykowali – zarówno jako człowieka jak i pisarza. Sam Gombrowicz był niewątpliwie inteligentnym i oczytanym rozmówcą. Cenił prozę Tomasza Manna, a z polskich pisarzy utwory Bruno Schultza. Interesował się filozofią, zwłaszcza opracowaniami teorii Husserla. Niektórych ludzi traktował życzliwie i ciepło, były to raczej wyjątki potwierdzające regułę. Nie miał wielu bliskich przyjaciół.

W Royamount, we Francji, pięć lat przed śmiercią poznał młodą Kanadyjkę, Ritę Labrosse, która towarzyszyła mu do końca jego życia. Cała rodzina Gombrowiczów, a także jego znajomi uważali, że był to niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności. Rita była elegancka i inteligentna; miła, ale jednocześnie stanowcza i zdecydowana. Gdy spotkali się, ona miała 25 lat i była doktorantką literatury francuskiej, on – sześćdziesięcioletnim schorowanym awangardowym pisarzem polskim. Zamieszkali na południu Francji, w Vence, razem z ulubionym psem „Psiną” nazwanym tak, aby Francuzi łamali sobie język usiłując wymówić to imię. Pobrali się 6 miesięcy przed śmiercią Gombrowicza. Jako spadkobierczyni, Rita Gombrowicz okazała się wspaniałą opiekunką literackiej spuścizny swojego sławnego męża.

Pomimo starań Rity i jej współpracy z wydawcami, szczerość i bezkompromisowość Gombrowicza, kłująca w oczy wielu tradycjonalistów i zarówno oficjalnych jak i samozwańczych cenzorów były długo przeszkodami w popularyzowaniu jego książek w Polsce. „Dzienniki" zostały w pełni, bez jakichkolwiek cięć wydane oficjalnie w kraju dopiero w roku 1989, dwadzieścia lat po śmierci pisarza, w serii jego „Dzieł" w Wydawnictwie Literackim.

Hanna Gil

Cytaty podane w artykule pochodzą z książki Joanny Siedleckiej „Jaśnie Panicz”, Wydawnictwo "Prószyński i S-ka”, 2003.

Powyższy artykuł został opublikowany w "Gazetce Polonijnej", Seattle, jesień 2004